Image Hosted by ImageShack.us

Sekcja Sztuki Współczesnej Katedry Historii Sztuki Uniwersytetu Łódzkiego Home    -   Forum   -   Księga Gości   -   Kontakt
  O nas |Działalność |Realizacje |Projekty |Nasze pisanie |Wywiady  
   

Image Hosted by ImageShack.us

 
 
Absolwenci
Galeria
Linki
 
 
Nowości

Rozpoczął się rok akademicki 2006/2007. Mamy nadzieję, że i w tym roku uda nam się zrobić coś ciekawego. Zapraszamy !!

 
Nasze pisanie

 

GRZEGORZ SZTABIŃSKI W STUDIO ...

 Free Image Hosting at www.ImageShack.us  Free Image Hosting at www.ImageShack.us

                         "Odzwierciedlenie"                           "Ukryrty obraz"

... nie nagrywa nowej płyty solowej z pseudo-kolędami i piosenkami świątecznymi, jak mają w zwyczaju ci, którzy zwykle siedzą w studio w okresie świątecznym.. „Składanka”, którą przygotował dla swoich wielbicieli, to bardziej uczta intelektualna przyprawiona o niecodzienne doznanie wzrokowe. Artysta nie ubrał się w czerwony strój Mikołaja, ale zaprezentował pokaz o wiele bardziej niebywały. Nie tańczy, nie śpiewa, ale w niezwykle wysublimowany sposób dociera do wnętrza nawet najbardziej opornych odbiorców posługując się środkami wyciszonymi, lecz wyjątkowo wymownymi. Jego milcząca muzyka brzmi w duszy tych, którzy doświadczyli tego pokazu tak, jak nieruchome pozornie obrazy wędrują w przestrzeni galerii.

Pod warszawską megachoinką, w dzień trochę przerażającą, artysta Grzegorz Sztabiński zostawił prezent wszystkim miłośnikom sztuki nie tylko geometrycznej. 12.12.2005 przerwał czas przedświątecznej krzątaniny otwierając wystawę „Wędrujące obrazy” – idealny odpoczynek dla zmęczonych zakupami oczu i zapomnianego umysłu. Nie harcuje tutaj wciskający dzieciom cukierki dziadek Mikołaj z bandą elfów i nadgorliwych sprzedawców. To oaza ładu i składu, ciszy i spokoju, ulga dla oczu i wyzwanie dla umysłu. Warto wybrać się do stolicy by odwiedzić tą wystawę.

Szanowne obrazy przybyły tutaj z Łodzi, aby zawisnąć na szanownych ścianach i rozciągnąć się po szanownych podłogach. Szanowni zwiedzający, po przybyciu do galerii wspinają się po budzących respekt szanownych, marmurowych schodach, które wspaniale budują szanowne napięcie przed nadchodzącym silnym przeżyciem estetycznym (i równie silnym przeżyciem intelektualnym). Przedświąteczne wędrówki szanownie przerwane zostały na moment pokazem wędrujących obrazów, które wcale nie wędrują.

W dobie powszechnej technicyzacji taki tytuł sugeruje raczej ekspozycję jakiegoś kolejnego, rządnego sławy pomyleńca, który dzięki przeróżnym elektronicznym zabiegom wprawia płótna w fizyczny ruch. Dzięki Bogu (lub ogólnie pojętej Opatrzności) Grzegorz Sztabiński  nie urządził swoim odbiorcom rewii na ścianie i zachował zdrowy rozsądek przeciwstawiając się technologii pożerającej każdy milimetr ludzkiej codzienności.

Grzegorz Sztabiński stworzył w przestrzeni galerii salę egzaminacyjną. Zwiedzających powinno się wpuszczać pojedynczo lub dwójkami tak, aby w ciszy i spokoju mogli doświadczyć intelektualnego oświecenia. Tym razem jednak nie Profesor a jego dzieła stawiają pytania.. często udowadniające widzowi jego niewiedzę.

Ekspozycję podzielono na dwie części. Dolna, będąca wyrazem swojego rodzaju polemiki z realizmem, wita widza instalacją o wyrazie bardzo silnie konceptualnym. Artysta przykleił bowiem do ściany kserokopie fragmentu gałęzi, formujące kształt trójkąta, którym odpowiada taki sam trójkąt ułożony na podłodze z białych kartek, na których spoczywają prawdziwe gałęzie, bardzo od siebie różne. To typowe dla rozważań konceptualnych podejście do istoty przedmiotu, które ze ściany zawędrowało na podłogę. A może jest też tutaj coś z ekologicznego punktu widzenia, jakiś ukryty apel dotyczący recyklingu?

W tej części ekspozycji znajduje się także cykl pt. „Odrzucone części”, będący efektem podobnych, również teoretycznych rozważań. Czy jeżeli zasłonimy sztukę, to co tak naprawdę nią będzie? Zasłona, czy to co zasłonięte? Chciało by się powiedzieć – artysto, zasłoń Monę Lizę, bo tak nam się wszystkim opatrzyła, że przyda się jej mała transformacja! Sztabiński tak daleko w historię sztuki nie „zawędrował”. Zmodyfikował swoje dawne prace, które nie dawały mu oczekiwanej satysfakcji. Zastosował metodę antycollage’u, czy też „kolaż milczący”, jak sam to określa. Wydaje mi się jednak, że czarne i białe kwadraciki przyklejone do starych płócien zagłuszają bardziej niż milczą. Zakłócają odbiór dzieł w efekcie ofiarując widzowi nowe doznanie. Przeżywanie sztuki łączy się nagle z ludzką ciekawością, nieposkromioną chęcią do odkrycia tego, co tajemnicze, rozwiązania zagadek i tajemnic.

Rozważania z pogranicza realizmu i sztuki geometrycznej ukazał artysta w cyklu prac pt. „Podwójna perspektywa”. Drzewo, motyw na którym Grzegorz Sztabiński koncentrował się od dawna, przedstawione w sposób realistyczny ujęte zostało geometryczną, perspektywiczną siatką. Naprzeciw niego, również w jednej z „klatek” pokazany został jedynie obrys drzewa, jego uabstrakcyjniona wersja. Tak właśnie artysta łączy dwa interesujące go światy – geometrii (abstrakcji) i rzeczywistości.

Jeżeli sztuka, według H. Matisse’a miała byś wygodnym fotelem, w którym widz miał zasiąść i rozkoszować się pięknem obrazów, to dolną część ekspozycji porównać możemy do krzesła Rietvelda z 1918 roku. Górną natomiast do osiemnastowiecznego, chińskiego krzesła tortur, wyposażonego w stalowe ostrza i żyletki w podłokietnikach.

Do drugiej części ekspozycji, podobnie jak do pierwszej, prowadzą nas schody. Odbiorca ponownie wędruje, wspina się aby osiągnąć wyższy stopień wtajemniczenia, osiągnąć wyższy stan świadomości, zrozumieć świat, sztukę i tajemnicę istnienia. Prezentowany tutaj cykl „Cięcia” to odniesienie do działań systemowych, przekształcenia dokonane na wyobrażeniach przedmiotów. Główny element cyklu wciąga widza i zmusza do głębokiej analizy każdego z prezentowanych płócien. „Cięcia – system przesunięć”, to prezentacja działań na jasnych i ciemnych belkach ustawionych ukośnie. Belki się przesuwają, cięcia następują kolejno po sobie i tak naprawdę dopiero tutaj wyraźnie czuć ruch prezentowanych prac. System się rozwija, sprawia wrażenie nieskończonego. To jakby próba usystematyzowania natury świata, z góry skazana na niepowodzenie, pokonana przez chaos, ale niezwykle sugestywna. Inne „Cięcia”, z trójkątem czy kwadratem w roli głównej, wędrują, konsekwentnie stosując przyjętą metodę, na podłogę galerii, znów jakby wkraczając w przestrzeń przeznaczoną dla odbiorców. Ta sugestia nieskończoności, niezliczonej ilości przekształceń, to swojego rodzaju odniesienie do rzeczywistości. Niemożliwym było by życie  według systemu („systemy” udowodniły już swoją niemoc) wobec zamętu i nieprzewidywalności życia.

Nawiązaniem do „Odrzuconych części” znajdujących się „pod podłogą” jest „Ukryty obraz”. Tym razem i zasłona i element zasłaniany są równoprawnymi dziełami sztuki, jednak utrudniony dostęp do tego drugiego budzi w odbiorcy dodatkowe, silne emocje. Obraz zasłaniający, ukazujący jakby rozpadającą się ramę umieszczoną pośród promieni, wydawać się może przedstawieniem destrukcji, rozpadu bytu idealnego. A może to idealna figura – kwadrat – umieszczony pośrodku, sprawia, że każda próba naśladownictwa musi być niedoskonała? Doskonałe za to jest to, co ukryte. To, co w widzu budzi tak silne emocje. Bo kto powiedział, że sztuka geometryczna nie budzi emocji?

Obrazy Grzegorza Sztabińskiego wędrują. I nie musi ich wcale artysta nosić na plecach. Wędrują wzdłuż ścian ekspozycji, przeplatają się, łączą, wpływają na siebie. A swoją drogą, cóż innego mogły by robić te obrazy? Przecież życie jest drogą, wędrówką, ciągłym przemieszczaniem. Kiedy oglądamy wędrującą wystawę stajemy na moment w miejscu, aby później obejrzane prace wędrować mogły w naszych umysłach. Prace Grzegorza Sztabińskiego zajmują miejsce w pamięci każdego widza – brawo za wypełnienie kategorii doniosłości! Są wyzwaniem intelektualnym i równocześnie silnym przeżyciem estetycznym. Nie przeczę jednak, że do odbioru tych obrazów wiedza, wyczucie i zdolność analizowania są niezbędne. A czy taki odbiór będzie prawidłowy? Nie wiem. Wiem tylko jaką kolejną wystawę planuje Grzegorz Sztabiński. Wiem – ale nie powiem.. Tak jak on sam robi ukrywając swoje obrazy i serwując nam zabawę w „dwa światy” – ukryty i dostrzegalny (.. dobrze, że nie w Bar Europa).

Ewa Bromberkowska


TYMON NIESIOŁOWSKI

Recenzja wystawy

 

 Image Hosted by ImageShack.us

 

Dla upamiętnienia czterdziestej rocznicy śmierci Tymona Niesiołowskiego Muzeum Okręgowe w Toruniu zorganizowało monograficzną wystawę artysty, czynną pomiędzy 06. października a 31. grudnia 2005.

Zaprezentowano około 100 prac olejnych oraz 50 graficznych, dzięki współpracy z trzydziestoma placówkami muzealnymi a także dwudziestoma kolekcjonerami prywatnymi. Jest to pierwsza retrospektywna wystawa artysty prezentująca tak szeroki zakres jego dzieł, co z pewnością może stanowić powód do dumy dla kuratorki wystawy, pani Agaty Rissman.

Prace Niesiołowskiego podzielone zostały na cztery sektory – każdy poświęcony innemu miejscu twórczości malarza. Ekspozycję otwiera epizod lwowski, w który niezwykle zręcznie wprowadza nas panorama miasta widniejąca pomiędzy wczesnymi pracami artysty. Kolejnym „przystankiem” dla widza jest Kraków, dalej Zakopane i naturalnie Toruń – wszystkie zakomponowane w podobny sposób. Efekt tego czytelnego i funkcjonalnego podziału niweluje niestety sama jakość ekspozycji. Dzieła artysty wiszą na dostawionych ściankach pilśniowych pokrytych zieloną tapetą do złudzenia przypominającą papierowe ręczniki do rąk. Niestety z racji koloru ściany te przyciągają wzrok widza i już na początku wywołują negatywne wrażenie, dalekie od przeżycia estetycznego, które mają w odbiorcach wzbudzać wiszące na ścianach obrazy. W takim otoczeniu nie dałoby się skupić uwagi na dziełach samego Van Gogha, zaś biedny Niesiołowski batalię z tapetą przegrywa z kretesem.

Nieprzyjazne ściany, mimo iż w kolorze uspakajającym, nie miały szans ulżyć oczom zwiedzających, w czym nader skutecznie wspomagało je oświetlenie. Niektóre obrazy zawieszone zostały w zupełnie ciemnych „zaułkach” a ich ramy rzucały bezlitosne cienie na prezentowane płótna. Bywało i tak, że oglądający odwracając wzrok trafiał na lampkę nakierowaną dokładnie w jego oczy, co uniemożliwiało przeżywanie sztuki przez kilkadziesiąt dobrych sekund. Ale dość o organizacji. Pod tym względem nasze muzealnictwo ciągle jeszcze uczyć się musi od Zachodu... podobnie jak robił to sam Tymon Niesiołowski malując obrazy...

Zwiedzaniu wystawy towarzyszy nieustające uczucie wtórności malarstwa artysty. Cykle wzorowane na Cezanne, Renoir, KP-istach, Wyspiańskim czy Modiglianim stają się niezwykle cenną ilustracją tendencji i stylów cenionych przez Niesiołowskiego nie zdradzając natomiast indywidualnych cech artysty. Ekspozycja oferuje widzom krótki kurs historii sztuki „w pigułce” mówiąc najmniej o malarstwie prezentowanego podmiotu. A może po prostu niewiele jest do powiedzenia? Ceniony za kilka obrazów, zaistniał, bo wiedział na kim się wzorować i z kim przystępować do artystycznych ugrupowań. Jego obrazy pozbawione są prawdy, nie ma w nich poszukiwań, nowatorstwa, są jedynie kalką tego, co oglądać można było na paryskich ścianach. Nawet jego podpis często zmieniał swoją postać – raz było to pełne imię i nazwisko, inicjały lub samo imię. To zdaje się być potwierdzeniem faktu, że Niesiołowski nieprzerwanie poszukiwał własnej tożsamości artystycznej znajdując jedynie kolejne powszechnie cenione wzorce, których naśladowanie gwarantowało sukces i popularność.

Ilość obrazów, będąca z jednej strony niezwykłą zaletą wystawy, po głębszej analizie staje się równocześnie wyraźnym mankamentem. Sprawia, że cykle stają się bardziej „cykliczne” – reprodukowane pojedynczo są nawet oryginalne i ciekawe, natomiast im bardziej liczebne tym łatwiej dostrzegalne imitatorstwo i epigonizm Niesiołowskiego. Dodatkowo, dla widzów wrażliwych na ład i porządek, uprzednio zaatakowanych światłem i ścianą, niebywale męcząca staje się różnorodność ram i poziomów, na których zostały zawieszone. Odnieść można wrażenie, jakby zwiedzało się antykwariat lub muzealne piwnice, gdzie obok zwykłej ramki z listewek zupełnie przypadkowo zawisła barokowo-złota, ozdobna Rama. Tutaj niestety znowu należy powrócić do naszej szarej „muzealności” i mieć nadzieję, że następne lata przyniosą rozwiązanie podobnych – czysto estetycznych problemów. Bo skoro „przeżycie estetyczne” jest podstawą przy odbiorze dzieła, to nie może ono być zakłócone przez nieprzyjazne dla sztuki otoczenie.

REPRODUKCJA: Tymon Niesiołowski, Akt leżący, 1957, olej, płótno. Muzeum Okręgowe w Toruniu

Ewa Bromberkowska


Tekst nadesłany przez naszą koleżankę, obecnie będącą na stypendium w Hiszpanii, w Madrycie.

Museo del Traje

 Image Hosted by ImageShack.us

Zaspokajając ciekawość moich koleżanek mówię: tak, w Madrycie jest mnóstwo sklepów z ubraniami. Niektóre kolekcje są bardziej interesujące, inne mniej, ale każdy znajdzie cos dla siebie, także ci, którzy mają węża w kieszeni J.

            Jeśli są sklepy z najnowszymi trendami mody, to musi być też muzeum mody, aby skrzętnie dokumentować cały ten magiczny świat „szmatek”. Jest! Trochę na peryferiach, więc nie cieszy się dużą popularnością. Dlatego też odwiedziłam je dopiero teraz, po kilkumiesięcznym już pobycie w Hiszpanii. A może zniechęciłam się do tego tematu po pracy ikonograficznej na temat symboliki nakryć głowy... Jaka by nie była tego przyczyna, wreszcie się zmobilizowałam i poszłam do Museo del Traje z koleżankami w pewną zimną listopadową sobotę.

            Wejście jest imponujące – prowadzą do niego ogromne schody, otoczone z trzech stron ramionami budynku, a od frontu małym ogródkiem. Jeszcze większe wrażenie sprawia, gdy opuszcza się już bajkowy świat materiałów i z wdziękiem można zejść na ziemię.

            We wnętrzu, na salach ekspozycyjnych, panuje półmrok ze względu na lepszą konserwację ubiorów. Kolekcja obejmuje modę od początków XVIII wieku po czasy nam współczesne. Stroje umieszczone są w zaaranżowanych gablotach, aby przybliżyć odwiedzającym ich użycie. Oprócz tego każda sala muzeum wyposażona jest w komputer, na którym można sprawdzić z jakiego materiału wykonany jest dany strój oraz kto był jego pierwotnym właścicielem i  w jakich okolicznościach został uszyty. Oprócz tego znajduje się tam także bibliografia, która, jak wszystkim wiadomo, jest bardzo potrzebna i przydatna J.

            Muzeum dysponuje także pomieszczeniami warsztatowymi, gdzie damy mogą przymierzyć np. XIX-wieczne suknie, dotknąć materiałów czy dowiedzieć się czegoś ciekawego z książek o modzie.

            Jednyny aspekt, który mi się nie spodobał, to muzealnicy - krążownicy, którzy pilnują kolekcji i śledzą przy tym odwiedzających. Koszmar!

            Kończąc tym miłym akcentem, zapraszam zainteresowanych na stronę:  www.museodeltraje.mcu.es

Magdalena Maciaszczyk

 

dalej>>>

 

 

 
 
 
O nas | Działalność | Realizacje | Projekty | Nasze pisanie | Wywiady
Copyright 2006 ®SSW    Home    -   Forum   -   Księga Gości   -   Kontakt   Template by Finerdesign.com

webadmin > Paulina Bocianowska > art2day@op.pl > 4850387